77. Najpiękniejsze złote plaże Wysp Kanaryjskich: Fuerteventura.

Kontynuując nasz pobyt na Wyspach, zrobiliśmy sobie wycieczkę z Lanzarote na Fuerteventurę małym stateczkiem. Przewóz jest drogi, zwłaszcza liniami publicznymi. Stąd polecam wycieczkę małym prywatnym stateczkiem-ferry, których w porcie Lanzarote jest mnóstwo i płyną na sąsiednią wyspę kilka razy dziennie. Znaleźliśmy przewóz za 15 euro/osoba w obie strony, chociaż i to wydaje się dużo jak na 20 minutową podróż. Lanzarote łączy z Fuerteventurą malowniczy port Corralejo, jeden z dwóch głównych portów na złotej wyspie. Stolicą Fuerteventury jest Puerto del Rosario.

Najpiękniejsze na północy wyspy są parki narodowe, rezerwaty przyrody i plaże. W niedalekiej odległości od Corralejo można popłynąć na melańką wyspę-rezerwat Isla de Lobos. Oprócz plaż, znajdziemy tu mnóstwo mniejszych i większych wulkanów. Można też nurkować i chodzić po górach.

Najciekawszym jednak miejscem na wyspie jest rezerwat przyrody las Dunas de Corralejo, czyli rezerwat złocistych wydm piaskowych, tuż obok plaży. Byliśmy nim zachwyceni. Ja uwielbiam góry piasku; pamiętam swój zachwyt nad górami drobniutkiego pomarańczowo-czerwonego  piasku na pustyni w Jordanii, tutaj zachwycałam się górami złocistego piasku zmieszanego z maleńkimi muszelkami. Tarzaliśmy się w nim bez umiaru:-) Później była kąpiel w morzu i opalanie się na jednej z najpiękniejszych europejskich plaż, na złocistej Wielkiej Plaży rezerwatu. Słonce świeciło bardzo mocno, pionowo i trzeba pamiętać o ciągłym smarowaniu się kremem z filtrem; najłatwiej spalić sobie stopy, ramiona i czubek głowy;-)

Dopływamy do Corralejo

W następnym poście-zmiana kierunku->Porto!!!

76. Atrakcje wyspy wulkanów. Ślepe krabiki, wino i czarne plaże. Lanzarote c.d.

Po przylocie na wyspę stwierdziliśmy, że za wszystko trzeba płacić, nawet za najmniej interesującą “atrakcję”, więc postanowiliśmy kupić już na początku bilet zbiorczy (bono turistico) na 6 najważniejszych obiektów za 30 euro/osoba. Bilete zbiorczy biletem, a ja uważam, że i tak wiele z krajobrazów “darmowych” były o niebo lepsze niż te atrakcje turystyczne. Przecież nie da się z niczym porównać przepięknych plaż z czarnym piaskiem, widoków wulkanów czy wędrówkę wgłąb ich krateru. Nie mają też ceny popołudniowe spacery po uliczkach małych białych miasteczek położonych z dala od centrów turystycznych. No i nie ma ceny kolacyjka w naszym apartamenciku, z chłodnym białym winkiem Stradivarius:)

W skład opłaconych atrakcji wchodziły: Jaskinia Zielonych, Międzynarodowe Muzeum Sztuki Wspólczesnej MIAC, Ogród Kaktusów, Jameos del Agua, Punkt widokowy nad rzeką, Timanfaya. Najbardziej polecam wycieczkę do Parku Narodowego Timanfaya (patrz wpis nr 73) i Jameos del Agua, czyli naturalnie wydrążoną jaskinię w tunelu wulkanicznym, wypełnioną wodą i położoną poniżej poziomu morza. Jameos del Agua to duży kompleks, w którym najważniejsze jest właśnie przepiękne, bajkowe i ciche jezioro w tej grucie. W zbiorniku żyją unikatowe maleńkie białe krabiki albinosy, które są ślepe. Są on endemiczne dla tego jednego miejsca na Ziemi.  Oprócz jeziora w kompleksie można zobaczyć śliczną restaurację-kawiarnię, sale koncertowe umieszczone w naturalnych grotach, sztuczne jezioro, ogrody z roślinnością skalno-wulkaniczną typową dla wyspy.

Jameos del Agua

Jaskinia Zielonych (La cueva de los Verdes) to długa i niesamowita jaskinia powstała na skutek krzepnącego na zewnątrz potoku lawy , podczas gdy wewnątrz gorąca ciecz drążyła ogromny tunel. Jaskinia jak to jaskinia, jest o tyle oryginalna, że wulkaniczna, długa, można ją prawie w całości zwiedzić i zobaczyć charakterystyczne dla lawy nacieki i formy skalne w kształcie stalaktytów i stalagmitów, jest też ładnie oświetlona. Pani przewodnik na początku wizyty powiedziała nam, że ma dla nas niespodziankę, którą zobaczymy przy końcu wycieczki po jaskini. Kiedy doszliśmy do wielkiej sali, ujrzeliśmy tunel, przedzielony jakby na pół i z góry wydawało się, że pod nami znajduje się przepaść. Przewodniczka poprosiła ochotnika, by zakrzyczał  coś, że niby będzie echo, które tak się poniesie, że usłyszą nas po drugiej stronie tunelu. Kazała też rzucić w dół kamieniem, by zobaczyć, jak głęboka jest przepaść. Chłop rzucił i… został opryskany wodą, bo okazało się (ja od początku to przeczuwałam), że to nie przepaść była pod nami, tylko perfekcyjne odbicie wielkiej sali w lustrze jeziora w jaskini. Woda była tak spokojna, że naprawde trudno było dostrzec jakikolwiek minimalny jej ruch.

Jaskinia Zielonych

W Ogrodzie Kaktusów widzieliśmy setki różnych gatunków kaktusów, niektóre naprawdę oryginalne i rzadkie okazy. Muzeum Sztuki Współczesnej w Arrecife (stolica Lanzarote) było dosyć nudne, ze sztuką jest tak, że o gustach się nie dyskutuje. Warto było się wybrać na punkt widokowy, z którego widać, jak blisko siebie są położone Lanzarote i La Graciosa. Tyle jeśli chodzi o bilet zbiorczy.

“rzeka” między Lanzarote i La Graciosa

Do obowiązkowych atrakcji na wyspie należą także plaże, skalne wybrzeże w okolicach Yaiza, gdzie fale morskie uderzają z taką siłą, że rozpryskując się tworzą ścianę wody i bryzę. Miejsce to nazywa się Los Hervideros. Niedaleko los Hervideros dla mniej wymagających jest el Charco Verde, czyli Zielona Kałuża, mały zbiornik wody morskiej na jednej z czarnych plaż, w którym rosną zielono-żółte glony i nadają one temu jeziorku taki kolor. W okolicy miasteczka Las Breñas widzieliśmy tradycyjną warzelnię soli. W przydrożnych hacjendach na całej wyspie znajdują się rodzinne winiarnie i małe fabryczki lokalnego wina.

Los Hervideros

Zielona Kałuża

Na szczególne miejsce w tym wpisie zasługuje La Geria, czyli rozległe tereny uprawne winorośli na czarnej, wulkanicznej ziemi. Cechą charakterysyczną tych terenów są kamienne murki otaczające każdy krzaczek winorośli, które mają za zadanie chronić je przed silnym wiatrem. Działki są przysypane wulkanicznym żwirem i pyłem, który zatrzymuje parowanie wody z ziemi.

La Geria

Po całym dniu zwiedzania nic tak nie działa kojąco na duszę i pusty żołądek, jak smaczne danie “ropa vieja” i pomarszczone pieczone ziemniaczki z pikantnym sosem, czyli “papas arrugadas” :-)

cdn.

75. La Tomatina czyli kąpiel w pomidorach.

Po dzisiejszej zabawie w sosie pomidorowym w miasteczku Buñol (koło Walencji) stwierdziłam, że jeden raz w zupełności mi wystarczy. Nie żebym nie lubiła pomidorów, hehe, ale tradycji już stało się zadość, byłam, widziałam, wytarzałam się w pomidorach, rzucałam nimi w innych i uśmiałam się co nie miara. Ta szalona zabawa ma miejsce co roku w ostatnią środę sierpnia i polega na obrzucaniu się bardzo dojrzałymi albo przejrzałymi jak kto woli pomidorami. Obrzucają się nawzajem wszyscy uczestnicy. A skąd biorą się te pomidory? Podobno sprowadza się je aż z Ekstremadury i są one specjalnie uprawiane na tę zabawę, według smakoszy do jedzenia się nie nadają i koszt ich produkcji jest bardzo mały. Dzień zaczyna się konkursem “palo jabon”, w którym uczestnicy usiłują wejść na słup utytłany mydłem, by zdobyć kawał jamona, czyli szynki. O 11.00 na ulice miasteczka wjeżdżają ciężarówki załadowane pomidorami, a raczej masą przejrzałych i potłuczonych warzyw. Na znak rozpoczęcia wojny strzela się petardami i ochotnicy jadący na ciężarówkach, już sami umazani cali w pomidorach, rozpoczynają rzucanie czerwoną masą w uczestników. Przed rzucaniem w innych, należy całe pomidory rozgnieść w rękach, by nie zrobić komuś krzywdy. Dobrze jest mieć okulary do pływania lub nurkowania, by chronić oczy. Ja założyłam też kapelusz, żeby nie mieć we włosach tych wszystkich resztek. Oczywistym jest, że na taką imprezę zakłada się stare ciuchy i buty, które najprawdopodobniej po jej zakonczeniu trzeba będzie wyrzucić. Zabawa kończy się dokładnie po godzinie “wojny”, kiedy to ludzie są skąpani w masie rozdeptanych pomidorów, a po ulicach płyną strugi czerwonej cieczy. Domy na trasie przejazdu ciężarówek z pomidorami są w większości zasłonięte, a te, które doznają “przebarwień” są dokładnie myte przez strażaków i ochotników z miasta, podobnie jak ulice. W zwyczaju jest też, że mieszkańcy polewają wodą uczestników zabawy, udostępniają swoje węże ogrodowe, by inni mogli zmyć z siebie tę masę. W międzyczasie na nieokupowanych przez pomidory uliczkach kwitnie handel kanapkami, hamburgerami domowej roboty, wodą, napojami gazowanymi etc. Zysk dla lokalnych jest spory, jeśli weźmie się pod uwagę, że na takiej imprezie jest średnio kilkadziesiąt tysięcy osób i prawie każda z nich chce coś zjeść i coś wypić, więc każdy handluje czym może. W tym roku przyjachało do Buñol ok. 40.000 osób i zużyto 120 ton pomidorów. Podobno ulice miasta nigdy nie są tak czyste jak właśnie po Tomatinie:)))))

przed…

w trakcie…

i po:)))))

Poniżej kilka zdjęć Tomatiny, nasze były robione aparatem w futerale wodoodpornym (w tym wypadku pomidoroodpornym, hehehehe), stąd ich jakość nie jest najlepsza, ale na pewno widać na nich śmiech i przednią zabawę. Viva la tomatinaaaaaaaaa!

74. Wycieczka na szczyt wulkanu i wgłąb jego krateru.

Jednym z najciekawszych momentów naszego pobytu na wyspie Lanzarote była wycieczka do wnętrza wulkanu. Na trasie wycieczkowej znajduje się wiele mniejszych i większych wulkanów i gór powstałych na skutek erupcji. Najpiękniejsze szlaki można znaleźć na terenie parku Timanfaya i w regionie rezerwatu przyrody. My maszerowaliśmy po kilku szlakach, najciekawszym z nich był szlak wulkanów na terenie Timanfaya, gdzie można wejść na szczyt i wgłąb niektórych z nich. Wybraliśmy wulkan La Montaña del Señalo i inny, sąsiedni, bez nazwy. Oba znajdują się niedaleko Gerii, słynnej plantacji winorośli. Krajobraz jest niesamowity, wszystko wokół pokryte czarną lub brązową lawą, gdzieniegdzie jakieś małe krzaczki i kolorowe porosty. Zanim zaczęliśmy wchodzić na górę, musieliśmy zmienić obuwie, bo cała trasa jest pokryta drobnymi kamyczkami typu koks czy pumeks, które ranią stopy. Cała ta czarna masa osuwa się w dół przy każdym kroku. Na szczycie strasznie wiał wiatr, momentami ciężko mi było się wyprostować. We wnętrzu krateru rosły małe śliczne skalniaki, a dno było zupełnie płaskie i gładkie,  z porozrzucanymi wszędzie kawałkami zastygłej lawy. Wchodzenie na górę zajęło nam ok. godziny spokojnym krokiem, w dół zeszliśmy szybciej. Na pamiatkę zabrałam worek czarnych, świecących metalicznym błyskiem kamyczków.

W kraterze

73. Księżycowa Timanfaya.

Następnego dnia po przylocie na Lanzarote pojechaliśmy do Timanfaya, która oferuje odwiedzającym niesamowite, wręcz księżycowe widoki i krajobrazy. Park Narodowy Timanfaya jest efektem erupcji w XVIII i XIX wieku, a więc “świeżych” i tak też właśnie wygląda cały teren parku, jakby świeżo po wybuchu wulkanu. Doskonale zachowały się całe połacie czarnej lawy, różne formacje wulkaniczne pokrywające kilometry wyspy, jamy, rzeźby, surrealistyczne twory z czarnej i brązowej masy. W parku weszliśmy na kilka różnych punktów widokowych, z których roztacza się naprawdę piękny krajobraz. Widać małe i duże wulkany i ich kratery, morze zastygłej lawy wypływającej z niektórych z nich, kolorowe formacje skalne, także niedawno powstałe górotwory pokryte pyłem w różnych odcieniach czerwonego, brązowego, fioletowego i w czarnym kolorze. Najpiękniejszymi formacjami są: góra Timanfaya, la Montaña Rajada (Pęknięta Góra), la Caldera del Corazoncillo (Kocioł Brzeczki), el Volcan Nuevo (Nowy Wulkan). Byliśmy zachwyceni. Na terenie parku nie rośnie praktycznie nic, jakieś pojedyncze krzaczki, zaś spora część formacji wulkanicznych jest pokryta porostami, które są organizmami pionierskimi i jak sama nazwa mówi, jako pierwsze zasiedlają niedostępne dla innych organizmów tereny, ułatwiając w ten sposób ich kolonizację przez organizmy wyższe. Z daleka porosty wyglądają na kolorowe plamy, co dodaje kolorowego efektu w parku. Na terenie Timanfaya można poruszać się tylko po wyznaczonych szlakach, by nie niszczyć kruchego krajobrazu wulkanicznego i delikatnych “porostowych kolonizatorów”. Przy wjeździe na teren parku skusiliśmy się na przejażdżkę wielbłądami w małej karawanie, 12 euro za 2 osoby. Rdzenna ludność Lanzarote to potomkowie bereberów, czyli mieszkańców Afryki Północnej, dziś oczywiście wymieszana z Europejczykami i dlatego ich zwyczaje, np. używanie wielbłądów, może wydawac się tak egzotyczne:-) Pierwsi osadnicy przypłynęli na wyspę ok. roku 500 p.n.e i nazwali ją Titeroy-gaka, czyli góra czerwona.

Po dojeździe do centrum turystcznego na terenie parku musieliśmy skorzystać z wycieczkowego autobusu, którym zwiedzaliśmy park. Nie można niestety chodzić po nim pieszo ani jeździć np. rowerkiem, co nas bardzo rozczarowało… Pieszo można natomiast zwiedzać rezerwat przyrody poza parkiem narodowym, można wspiąć się na mniejsze wulkany i zajrzeć do ich krateru, co my z przyjemnością zaliczyliśmy, hehe. Do dyspozycji mieliśmy kilka szlaków, w tym jeden na grzbiecie wielbłądzim. Cena biletu autobusowego jest wliczona w cene wstępu na teren parku, która wynosi 8 euro za osobę. My od razu wykupiliśmy “bono turistico” czyli bilet wstępu zbiorczy do Timanfaya i 5 innych miejsc, o których napiszę w kolejnym poście. Ten bilet zbiorczy kosztował 30 euro za osobę.

Przejażdżka autobusem (w dialekcie kanaryjskim guagua) po Szlaku Wulkanów trwa ok. 40 minut, kierowca zatrzymuje się w ciekawszych miejscach, by można było zrobić zdjęcia, a w czasie jazdy można słuchać w paru językach historii parku. W samym centrum turystycznym można kupić pamiątki, gadżety, jest też piękna restauracja, która przygotowuje jedzenie na wulkanicznym grillu, tzn. smaży mięso nad głębokim dołem, jakby studnią, z którego dochodzi na powierzchnię gorące powietrze z głębi ziemi. To oznaka ciągłej “biernej” aktywności podłoża. Na zewnątrz widzieliśmy wybuch gejzeru, tzn. pracownik ośrodka wlał wiadro wody do głębokiego dołu i nastąpił wybuch pary wodnej, jakby naturalny gejzer. Kilkanaście metrów wgłąb ziemi i wszystko wrze;-)  Podobną ciekawostką było, kiedy ten sam pan nad wykopanym dołem położył suche gałęzie, jakiś chrust i ten po kilku sekundach zapalił się.

Symbolem parku Timanfaya i ogólnie wyspy Lanzarote jest śmieszny diabełek autorstwa Cesara Manrique, znanego artysty pochodzącego z wyspy wulkanów. Jego dziełem jest też cała infrastruktura dla turystów na terenie Timanfaya, budynki centrum i restauracji są zbudowane z kamienia wulkanicznego. Chociaż krajobraz wydaje się całkowicie pustynny, to jednak na terenie parku żyją maleńkie zwierzątka, jak np. czarne szczurki, króliczki i jaszczurki.

cdn.

« Starsze wpisy